Pohl Frederic - Gateway Brama Do Gwiazd - Rozdzia� 11

Rozdzia� 11



    - Obawiam si�, �e nasze dzisiejsze spotkanie nie b�dzie zbyt efektywne - m�wi� do Sigfrida. - Jestem po prostu wyczerpany. Za du�o seksu, rozumiesz.
    - Doskonale wiem, o co ci chodzi.
    - Nie mam wi�c o czym opowiada�.
    - Pami�tasz mo�e jakie� sny?
    Wierc� si� niespokojnie. Przypadkiem pami�tam jeden czy dwa.
    - Nie - odpowiadam. Sigfrid zawsze zmusza mnie, bym opowiada� mu swoje sny. A ja tego nie lubi�.
    Kiedy zaproponowa� to po raz pierwszy, odpar�em, �e rzadko mi si� co� �ni.
    - Chyba wiesz - wyja�ni� cierpliwie - �e ka�demu co� si� �ni. Najcz�ciej zapominasz sen, kiedy si� budzisz, ale gdyby� spr�bowa� go zapami�ta�, pewnie by ci si� uda�o.
    - Nie, to niemo�liwe. Ty m�g�by�, bo jeste� maszyn�.
    - Wiem, �e jestem maszyn�. Bob, ale teraz rozmawiamy o tobie. Czy zgodzi�by� si� na pewien eksperyment?
    - Mo�e.
    - To nic trudnego. Trzymaj ko�o ��ka kartk� i o��wek. Jak si� tylko obudzisz, zapisz, co pami�tasz.
    - Ale ja nigdy niczego nie pami�tam.
    - Wydaje mi si�. Bob, �e warto spr�bowa�. Owszem, spr�bowa�em, i rzeczywi�cie zacz��em zapami�tywa� moje sny. Z pocz�tku ma�e fragmenciki. Zapisywa�em je i czasami opowiada�em Sigfridowi, sprawia�em mu tym niesamowit� frajd�. On wr�cz uwielbia� sny.
    Ja nie widzia�em w tym wielkiego sensu, w ka�dym razie nie od pocz�tku. Ale potem zdarzy�o si� co� takiego, co mnie nawr�ci�o.
    Pewnego ranka obudzi�em si� ze snu, kt�ry by� tak nieprzyjemny, tak rzeczywisty, �e przez chwil� waha�em si�, czy to nie jawa, na tyle okropna, �e ba�em si� pomy�le�: to tylko sen. Tak mn� wstrz�sn��, �e zacz��em natychmiast zapisywa� wszystko, co pami�ta�em. Potem zabucza� piezofon. Odebra�em go i wyobra�cie sobie, �e w czasie rozmowy wszystko zapomnia�em! Nie mog�em sobie przypomnie� ani jednego fragmentu. W ko�cu spojrza�em na moje zapiski i znowu to do mnie wr�ci�o.
    Kiedy jakie� dwa dni p�niej spotka�em si� z Sigfridem, wszystko na powr�t wylecia�o mi z pami�ci. Tak jakby nigdy mi si� to nie �ni�o. Zachowa�em jednak kartk� papieru i musia�em mu ja przeczyta�. By�o to jedno ze spotka�, kiedy zdawa�o mi si�, �e jest ogromnie zadowolony z siebie i ze mnie te�. Rozpami�tywa� ten sen przez ca�� godzin�. Wsz�dzie doszukiwa� si� symboli i znacze�. Nie pami�tam ju� jakich, ale pami�tam, �e mnie to wcale nie bawi�o.
    A wiecie, co jest w tym naprawd� �mieszne? Wyrzuci�em t� kartk� zaraz po wyj�ciu od Sigfrida. I teraz za �adne skarby �wiata nie przypomnia�bym sobie, o czym by� ten sen.
    - Widz�, �e nie bardzo masz ochot� rozmawia� o snach - m�wi Sigfrid. - Czy chcia�by� o czym� mi opowiedzie�?
    - Raczej nie.
    Milczy przez chwil�, wiem, �e chce mnie po prostu przetrzyma�, �ebym co� powiedzia�, mo�e co� g�upiego. - Czy mog� ci� o co� zapyta�? - m�wi� wi�c.
    - Czy�by� potrzebowa� na to mojej zgody? - Czasami wydaje mi si�, �e on stara si� u�miechn��. Naprawd� u�miechn��. Co� takiego wyczuwam w jego g�osie.
    - Chcia�bym si� dowiedzie�, co robisz z tym wszystkim, co ja ci tu opowiadam.
    - Nie jestem pewien, czy dobrze ci� rozumiem. Program gromadzenia informacji to sprawa czysto techniczna.
    - Nie, nie o to mi chodzi - waham si�, pr�buj�c u�ci�li� pytanie i zastanawiaj�c si�, co mi przyjdzie z odpowiedzi. Podejrzewam, �e ci�gnie


1316,3, to bardzo zdrowy objaw, �e uwa�asz swo 115,215 je zerwanie z drusill� za po�yteczne do�wiad 115,220 czenie, bob. 115,225 1318,C, ja jestem zdrowym cz�owiekiem, sigfrid, i dla 115,230 tego jestem tutaj 115,235 1319IRRAY (DE)=IRRAY (DF) 115,240 1320,C, w ka�dym razie na tym polega �ycie: jedno 115,245 pouczaj�ce do�wiadczenie za drugim, a kiedy 115,250 sko�cz� si� te pouczaj�ce do�wiadczenia, 115,255 przychodzi egzamin, a dyplomem jest �mier� 115,260



    si� to jeszcze od czasu Sylwii, kt�ra by�a kiedy� katoliczk�. Szczerze zazdro�ci�em Sylwii jej ko�cio�a i powiedzia�em jej jaka to g�upota, �e go opu�ci�a, przede wszystkim za� zazdro�ci�em jej spowiedzi. Ca�y m�j umys� zaprz�ta�y w�tpliwo�ci i l�ki, kt�rych nie potrafi�em si� pozby�. A tak m�g�bym je z rozkosz� przela� na g�ow� spowiednika. Widzia�em, �e mo�na stworzy� mi�y zhierarchizowany model przep�ywu, w kt�rym ca�e to g�wno z mojej g�owy sp�ukuje si� do konfesjona�u, sk�d z kolei proboszcz przelewa je do diecezjalnego monsignore (czy kogo� tam - nie znam si� za dobrze na ko�ciele), a wszystko zatrzymuje si� na papie�u, kt�ry zbiera szlam cierpienia, nieszcz�cia i winy ca�ej ludzko�ci, zanim przeka�e go bezpo�rednio do Boga (oczywi�cie, je�li B�g istnieje, albo je�li jest taki adres - "B�g" - na kt�ry mo�na przes�a� ca�e to g�wno).
    Chodzi o to, �e obraz podobnego systemu znalaz�em w psychoterapii: boczne s�czki przechodz�ce w rozga��zienia kana�owe, te z kolei zebrane w kolektory wyrastaj�ce z psychiatr�w z krwi i ko�ci. Gdyby Sigfrid by� cz�owiekiem, nie podo�a�by ca�emu cierpieniu, jakie do niego wp�ywa. Przede wszystkim mia�by swoje w�asne k�opoty. Potem mia�by moje, bo pozby�bym si� ich obarczaj�c nimi jego. Mia�by te� problemy tych wszystkich, z kt�rymi dziel� t� kozetk� cierpie�, on za� pozby�by si� ich, bo w ko�cu te� musia�by to robi�, przerzucaj�c je na g�ow� innego cz�owieka, kt�ry z kolei jego by analizowa�, i tak dalej, a� dochodzi�oby si� - do kogo? Do ducha Zygmunta Freuda?
    Ale Sigfrid nie jest cz�owiekiem. Jest maszyn�. Nie odczuwa b�lu. Co si� wi�c dzieje z tym ca�ym szlamem cierpienia?
    Pr�buj� mu to wyja�ni�, stwierdzaj�c na zako�czenie: - Czy nie rozumiesz? Je�li tobie przekazuj� m�j b�l, a ty go przekazujesz dalej, to gdzie� to si� musi ko�czy�. Nie wydaje mi si� mo�liwe, by on po prostu stawa� si� magnetycznym b�belkiem, kt�rego nikt nigdy nie odczuwa, zamkni�tym w kawa�ku kwarcu?
    - Nie uwa�am, �e rozmowa na temat natury b�lu mo�e nam co� da�.
    - A czy mo�e nam co� da� dyskusja o tym, czy istniejesz, czy nie? Wzdycha wr�cz. - Bob - odpowiada - nie uwa�am r�wnie� za po�yteczn� rozmow� o naturze istnienia. Wiem, �e jestem maszyn�. Ty te� o tym wiesz. Jaki jest jednak cel naszego spotkania? Czy to mnie mamy pom�c?
    - Sam si� czasem zastanawiam - m�wi� nad�sany.
    - Nie s�dz�, �eby ci� to rzeczywi�cie niepokoi�o. Uwa�am, �e zdajesz sobie spraw� z tego, i� mamy pom�c tobie, poprzez spowodowanie jakiej� zmiany w two i m wn�trzu. Wiedza o tym, co si� dzieje z przekazywanymi mi informacjami, mo�e zaspokoi� twoj� ciekawo��. Mo�e r�wnie� dostarczy� ci wym�wki, by po�wi�ci� nasze spotkania na intelektualne dyskusje zamiast na terapi�.
    - Masz racj�, Sigfrid - przerywam.
    - Owszem. Ale to, jak si� czujesz i post�pujesz w sytuacjach dla siebie istotnych zale�y od tego, co ty z tymi informacjami robisz. Bardzo ci� prosz�, zajmij si� zawarto�ci� swojej g�owy, a nie mojej.
    - Rzeczywi�cie, jeste� cholernie inteligentny - m�wi� z podziwem.
    - Mam wra�enie - odpowiada - �e chcia�e� powiedzie� "Nie znosz� ci�, ty cholerna puszko".
    Nigdy nie s�ysza�em u niego czego� podobnego i jestem naprawd� zaskoczony, po chwili jednak przypominam sobie, �e rzeczywi�cie powiedzia�em mu kiedy� dok�adnie to samo, zreszt� nie raz. I to prawda.
    Nie znosz� go.
    Pr�buje mi pom�c i za to go nienawidz�. My�l� o s�odkiej S. Laworownie i o tym, jak ch�tnie spe�nia prawie wszystkie moje zachcianki. Chc�, bardzo chc� zada� Sigfridowi b�l.



Strona g��wna     Indeks